Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2021

Zgorszenie powinno nas gorszyć - spojrzenie do Katechizmu

"Kuszenie Adama i Ewy" - Rafael Santi

Dlaczego tak mało razi nas obecnie zgorszenie?

Nie mówię o zgorszeniu związanym z molestowaniem dzieci i wieloletnim kryciem sprawców w polskim Kościele. To raczej nikomu nie umyka. Mam w tym momencie na myśli zgorszenie dokonywane przez nas, świeckich, a na które jesteśmy niestety zdecydowanie mniej wyczuleni. Dla jasności - nie poruszam tego tematu po to, by jakkolwiek odwrócić uwagę od zgorszenia wśród duchowieństwa. Chcę go poruszyć po prostu dlatego, że ostatecznie my świeccy również jesteśmy odpowiedzialni za zdrowie Ciała Chrystusa (powinniśmy sobie mocno zdawać z tego sprawę wobec tak częstych wezwań do zwiększenia roli świeckich w Kościele) i nawet wobec głośnych problemów wśród duchownych nie wolno nam o tym zapominać... a wydaje się, że zapominamy. Jest to temat szczególnie istotny teraz, gdy większość społeczeństwa niestety (choć ze zrozumiałych względów) nie traktuje już biskupów jako autorytet moralny. W takich okolicznościach chcąc nie chcąc główny ciężar obowiązku dawania chrześcijańskiego świadectwa i kształtowania kultury spada właśnie na nas. A jeśli my odrzucamy tę odpowiedzialność, komu zostanie walczyć o zbawienie świata? Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? 

piątek, 29 maja 2020

Pius XII, Rolf Hochhuth i długotrwałe skutki fałszywego świadectwa

Po lewej: Rolf Hochhuth; po prawej: Sługa Boży Pius XII
Po lewej: Rolf Hochhuth; po prawej: Sługa Boży Pius XII

Przeczytałem wczoraj artykuł o tym, że kilkanaście dni temu zmarł Rolf Hochhuth, autor wystawionej po raz pierwszy w 1963 roku sztuki pt. Namiestnik: Tragedia chrześcijańska. Przypuszczam, że wielu osobom ten tytuł nic nie mówi. A jednak jest to bardzo istotna sztuka, której owoce widać po dziś dzień. Była ona bowiem kulminacja wielu lat komunistycznej propagandy, skierowanej przeciwko papieżowi Piusowi XII, której efektów doświadczamy, ilekroć słyszymy na forum publicznym o "papieżu Hitlera". Ta sztuka jest doskonałym przykładem, jak niewiele trzeba, by utrwalić w świadomości masowej bezpodstawny i niesprawiedliwy mit, a jak trudno jest się go potem pozbyć.

To w sumie niebywałe - propaganda totalitarnego reżimu i zakłamany rys postaci historycznej przedstawione na deskach teatru we wschodnim Berlinie wobec odpowiednich nastrojów wystarczyła aby wizerunek papieża, który świeżo po wojnie był powszechnie uważany za wroga Hitlera i przyjaciela Żydów, tak szybko przekształcić w obraz człowieka zupełnie obojętnego na zło Holocaustu, jeśli nie wręcz sympatyzującego z inspiratora tego ludobójstwa. Jest to tym bardziej uderzające, że po zakończeniu Wojny Piusowi XII za jego postawę wobec nazizmu i czynną pomoc Żydom wobec masowych deportacji publicznie dziękowało wielu Żydów - warto wymienić choćby pierwszego prezydenta państwa Izrael Chaima Weizmanna, naczelnego rabina Izraela Izaaka Herzoga czy głównego naczelnego rabina Rzymu Eugeniego Zollę (który po wojnie nawrócił się na katolicyzm, przyjmując imię chrzcielne właśnie tego papieża). Liczne gazety żydowskie nie szczędziły też po jego śmierci wyrazów uznania i wdzięczności za jego pomoc dla narodu żydowskiego podczas II WŚ. Nawet Albert Einstein w latach powojennych bardzo ciepło wyrażał się o Kościele i Jego postawie w czasach wojny, będącym w jego odczuciu jedyną instytucją, która miała odwagę sprzeciwić się nazistom.

niedziela, 24 maja 2020

"Zabawa w chowanego" z Prawdą i dobrem

Przez parę dni próbowałem sklecić jakiś tekst po obejrzeniu ostatniego filmu Sekielskich, "Zabawa w chowanego". Nie tyle o ofiarach i o skandalu, bo w tym wymiarze film mówi sam za siebie, ile o rozczarowującej dla mnie reakcji wielu katolików. Miałem już napisane całkiem sporo w odpowiedzi na najczęstsze irracjonalne argumenty, jakie słyszałem na temat filmu, ale w zasadzie dotarło do mnie, że sprawa jest w pewnym sensie już przegrana. Jeśli świadomość tego, że w naszym Kościele ksiądz molestujący dziecko bywa traktowany przez swoich przełożonych z większą troską, ostrożnością i zaangażowaniem niż jego ofiara, nie wystarczy komuś za powód do sprawiedliwego gniewu, to nic co mógłbym napisać tego nie zmieni. Ostatecznie utwierdziły mnie w tym przekonaniu wysiłki Tomasza Terlikowskiego, chyba najbardziej znanego katolika występującego w omawianym filmie, który już od paru dni bezskutecznie próbuje rozprawić się na swoich mediach społecznościowych z atakami tych, którzy zarzucają mu przykładanie ręki do niszczenia Kościoła. Tak jakby Kościoła nie niszczyli bardziej Ci, którzy od lat przedkładali (rzekome) dobro wspólnoty ponad dobro niewinnych.

Świadomość pewnej jałowości moich wysiłków odwiodła mnie zatem od pierwotnych planów, jednak nie chciałem całkowicie porzucać wpisu, nad którym spędziłem już trochę czasu. Chciałbym przynajmniej podzielić się swoim zmartwieniem o stan Kościoła, bo film i reakcje na niego w środowiskach katolickich najbardziej uwypukliły chyba właśnie stan głębokiego kryzysu, w którym się znalazł.

poniedziałek, 16 marca 2020

Przemyślenia z kwarantanny

Zbiór luźnych przemyśleń nt. wiary i Kościoła w obliczu pandemii

1. Doskonała sposobność, by wzrastać w pokorze.

Najpierw byłem święcie oburzony namawianiem do niechodzenia na Msze. Był to dla mnie jawny zamach na pierwszeństwo kultu Bożego w życiu Jego ludu. Nawet gdy z biegiem czasu zacząłem przyjmować dobre intencje zwolenników tego rozwiązania, wciąż twardo trzymałem się swojej preferencji jako tej lepszej. Powoli jednak zaczynałem bardziej dostrzegać słuszność niektórych argumentów, a jednocześnie lepiej rozumieć, jak miłość bliźniego w formie troski o szybkie zduszenie epidemii może wprost wypływać nie z odebrania Bogu należnego mu pierwszego miejsca, ale właśnie z postawienia Go na pierwszym. Co ciekawe, zbiegło się to w czasie z zaleceniem biskupa, by nie uczestniczyć fizycznie we Mszy Świętej. Tak więc w końcu z pokorą przyjąłem zalecenie mojego pasterza, aby pozostać jednak w domu i przyjąć Komunię duchową.

Nie zawsze postawienie Boga na pierwszym miejscu będzie dla każdego wyglądało tak samo, jak dla mnie. Być może czyjeś decyzje tym spowodowane będą zupełnie inne niż moje. Być może wreszcie będą to decyzje mądrzejsze i lepsze. Obecna sytuacja przypomniała mi, że nawet z najlepszymi intencjami (wierzę, że można mi było takie przypisać) można się mylić - ważne jest jednak to, by umieć przyznać się, chociażby przed samym sobą, że jest się w błędzie. Podobnie warto się zastanowić, czy nie jest się zbyt prędkim do osądzania innych pod kątem ich miłości do Pana Boga, która przecież jest sprawą między Nim a nimi, a w świecie i w czynach objawiać się może naprawdę na wiele sposobów. Jeśli ktoś mówi, że walczy o coś ze względu na miłość do Boga, to jeśli nie mamy realnych dowodów na to, że kłamie lub zwodzi, to przyjmijmy to jako prawdę. Święta Tereska - niezrównany wzór pokory i miłości bliźniego - pięknie pisała o zakładaniu u innych najlepszych intencji:

"[...] szczególnie gdy demon stara się przede wszystkim stawiać mi przed oczami duszy wady takiej czy innej [osoby], którą uważam za mniej sympatyczną, natychmiast staram się znaleźć jej cnoty, jej dobre pragnienia, [...] a nawet to, co wydaje mi się błędem, może równie dobrze wynikać z intencji spełnienia aktu cnoty." 
Dzieje Duszy, G 12v-13r

Nie jest złym upomnieć kogoś lub osądzić jego uczynki, jeśli wiemy, że są złe i szkodzą jego duszy. Ale złym jest osądzać, gdy znaczną większość intencji drugiej osoby sobie dopowiadamy. Bardzo łatwo wtedy popaść w pychę, oj, bardzo łatwo.

2. Pamiętajmy o naszych parafiach i o proboszczach którzy muszą je utrzymywać.

W wielu miejscach biskupi udzielili diecezjanom dyspensy od uczestnictwa w Mszy świętej. Materialne potrzeby parafii wcale jednak nie zniknęły, a to właśnie my, parafianie, jesteśmy odpowiedzialni za dobre funkcjonowanie naszych wspólnot. Jak słusznie zachęcał Mateusz Ochman, w miarę możliwości wspierajmy nasze parafie w tym samym stopniu, w jakim wspieralibyśmy je chodząc normalnie do Kościoła. To przykre, ale zapewne wielu potrzebujących proboszczów będzie mieć obawy publicznie o tym napisać. Jak widziałem, nawet sama próba zachęty do odprawiania mszy mimo zagrożenia wirusem została przez niektórych zinterpretowana jako pazerność episkopatu, a co dopiero jakby ktoś wprost poprosił o pieniądze, z tak błahego powodu, że "parafia potrzebuje na utrzymanie". Może już nie myślimy tak o tym, ale parafia to nasz dom. Wspierajmy go.

3. W ocenie sytuacji pomaga pogłębienie wiedzy na dany temat (np. sakramentów).

Jeszcze niedawno byłem bardzo zaniepokojony odwoływaniem Mszy Świętych, widząc w tym swego rodzaju osłabienie wiary i brak przekonania w moc sakramentów. Wystarczyło jednak wgłębić się w temat trochę bardziej, by odkryć, jak płytkie miałem do tej pory zrozumienie sakramentologii. Pierwszy raz bowiem usłyszałem o komunii duchowej - pięknej, choć nieco zapomnianej tradycji, sięgającej aż do Soboru Trydenckiego. Poczułem się też zainspirowany do lepszego zrozumienia istoty Mszy. W końcu, odnosząc się do bieżących wydarzeń, Msze nie muszą być publiczne, by Bóg odbierał przez nie należną Mu chwałę.

Jeśli natomiast chodzi o najważniejszy cel Kościoła, czyli zbawienie dusz, w rozwiązywaniu obecnych trudności konieczna jest duża roztropność. Dlatego też ograniczenie przez pasterzy dostępu do sakramentów może nas smucić, ale nie powinien gorszyć. W zwyczajnych warunkach Komunia Święta, choć jest uwieńczeniem życia chrześcijańskiego, dla większości z nas nie jest koniecznie do zbawienia potrzebna. Dopóki umierający i Ci w stanie grzechu ciężkiego wciąż będą mieli dostęp do sakramentu pokuty lub do namaszczenia chorych (liczę na to, że nawet w obliczu pandemii są wśród nas kapłani gotowi do pomocy w przypadku czyjejś pilnej prośby o sakrament), dopóty zatrzymanie publicznych mszy będzie mogło mieć miejsce bez szkody na zbawieniu dusz. Wiele więcej nie mam do napisania - tak jak wspomniałem, dopiero jestem na etapie uświadamiania sobie swojej niewiedzy. Chciałem jednak chociaż takimi przemyśleniami się podzielić, żeby podzielić się zdrową ciekawością tego, o czym uczy nasz święty Kościół.

4. Przepaść między wierzącymi a niewierzącymi w Polsce nieustannie się pogłębia.

Czytając reakcję na mniej lub bardziej trafione decyzje polskiego episkopatu ostatnich dni, trafiłem niestety na bardzo wiele złośliwych komentarzy.

Nie oczekuję od niewierzących jakiejś heroicznej wyrozumiałości wobec naszego Kościoła - niestety, daliśmy i wciąż dajemy wiele powodów do braku zaufania i sceptycyzmu. Mimo to uderzyło mnie, jak bardzo nie ma już zrozumienia (ani nawet chęci zrozumienia) podstaw naszej wiary, nawet na płaszczyźnie teoretycznej. Widziałem wiarę katolicką porównywaną do pospolitych zabobonów. Widziałem artykuły, gdzie ludzie spoza Kościoła wzywają katolików (w dobrych intencjach zapewne, ale w praktyce brzmiało to bardzo protekcjonalnie), by przestali być ludem bezmyślnie słuchającym pasterzy. W końcu katolików próbujących bronić tych, dla których rezygnacja z Mszy Świętej nie jest wcale łatwą ani oczywistą sprawą, widziałem porównywanych do antyszczepionkowców, myślących tylko o sobie, których ekscentryczne i irracjonalne praktyki nie powinny być tolerowane ze względu na bezpieczeństwo innych.

Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego, żeby zwrócić uwagę na to, że nasza wiara naprawdę staje się już dla wielu osób jakimś niezrozumiałym kuriozum. Nie ma w tym oczywiście ich winy. Wina może leżeć tylko po naszej stronie - większość katolików nie odbyła nigdy dobrej katechezy, a Ci lepiej wykształceni często nie palą się do obrony wiary wobec zarzutów.

Jednym wnioskiem jest więc to, że naprawdę musimy zacząć znów przykładać się po pierwsze do własnej katechezy, a po drugie do odważnej i mądrej ewangelizacji. Drugim jednak jest też to, że musimy przestać z góry zakładać, że nawet przy pełnej inercji z naszej strony nasza wiara i kult są zupełnie bezpieczne, bo przecież "żyjemy w demokratycznym państwie". Oczywiście, nie możemy zacząć patrzeć na niewierzących i niekatolików jak na naszych wrogów. Ale nie możemy też być wobec nich bierni i naiwni. W oczach światach nasza wiara staje się coraz większym głupstwem (1 Kor 1,23), gdy nie ma ludzi, którzy potrafią ją obronić rozumem. A jeśli ta wiara, roszcząca sobie prawo do obecności w życiu publicznym, zostanie powszechnie uznana za irracjonalny, bezpodstawny, przestarzały przesąd, to niechybnie będzie atakowana. Pierwsze znaki już tu są - nie ma co dłużej zwlekać, trzeba znów zacząć krzewić katolicyzm jako religię wiary i rozumu. Żyjmy mądrze wiarą i nie dawajmy powodów do niesłusznych ataków. Brońmy przed atakami najlepiej, jak potrafimy. Przekazujmy wiarę tak, jak nam przekazywał Jezus Chrystus - pięknie, dosadnie i z głową. Jeśli to zaniedbamy, chodzenie na mszę lub korzystanie z wody święconej będzie miało taki sam PR, jak unikanie szczepionek lub czarnego kota na drodze.

poniedziałek, 21 października 2019

Odzyskać Kościół trzeba, ale dla kogo i na czyich warunkach?

Post powstał z potrzeby serca. Dla siebie i dla wszystkich tych, którzy tak jak ja mają bardzo mieszane uczucia co do wszelakich "protestów" przeciwko duchowieństwu, nie chcąc ani negować konieczności działania ws. pedofilii wśród duchowieństwa, ani nie wspierać inicjatyw mogących, świadomie lub nie, tylko pogłębiać podziały i złe rozumienie istoty Kościoła.

* * *


Powstała inicjatywa, z pewnością w najlepszych intencjach, protestu katolików.

Absolutnie rozumiem kryjący się za tą akcją sentyment. Rozumiem poczucie krzywdy i rozczarowania. Sam czuję się sfrustrowany postawą episkopatu w wielu kwestiach: brak wyjaśnień ws. przypadków krycia przestępstw seksualnych, brak otwartości na rzetelną krytykę i przede wszystkim kosmiczną odległość między biskupstwem a zwykłymi świeckimi - zarówno w przestrzeni mentalnej jak i administracyjnej. Mam tego dość i w zasadzie poniekąd dobrze, że świeccy wyrywają się z marazmu i obojętności.

A jednak cały wydźwięk tej akcji i otwartego listu w niej promowanym jakoś mi tak niesłychanie zgrzyta. Nie tylko samo słowo "protest" (które jak dla mnie jest w pewnym sensie antytezą chrześcijaństwa) ale te wszystkie dalekosiężne (i jak sądzę chybione) pomysły na Kościół, które się za nim kryją.

niedziela, 29 września 2019

Poszukiwacz Pereł - Porządek Życia Chrześcijańskiego

Słowem wstępu - seria #PoszukiwaczPereł pojawia się oryginalnie na mojej stronie na Facebooku, ale zamieszczam je również tutaj dla porządku i na dowód, że blog nie umarł, a żyje.

Idea jest taka, że aby dotrzymać konwencji, jaką nadaję temu blogowi jego nazwa, publikuję co tydzień krótką zajawkę/komentarz o godnej polecenia pozycji (książkowej lub online), w mojej odczuciu będącą po prostu perłą. Te teksty będą raczej krótkimi formami zamiast obszernymi recenzjami, ale mam nadzieję, że wciąż będą w stanie zachęcić potencjalnego czytelnika do lektury. Chciałbym jednocześnie podzielić się tym co, w moim odczuciu, dzieło może dać czytelnikowi, ale też co może już od niego wymagać na starcie.

Tyle tytułem wprowadzenia, w drogę!

* * *


#PoszukiwaczPereł - Porządek Życia Chrześcijańskiego

Perłę na dziś odkryłem w zaskakującym miejscu - w modlitewniku "Droga do Nieba", który wpadł mi w ręce przy sprzątaniu starego biurka, a który dostałem dawno temu, podczas przygotowań do pierwszej Komunii Świętej. Znalazłem w nim krótką, dziesięciopunktową listę wskazań do dobrego chrześcijańskiego życia. Modlitewnik nie był wyłącznie do użytku dziecięcego, ale jednak dawany był drugoklasistom jako pomoc we wzroście wiary, więc w tym kontekście uderzające jest to, że poniższą naukę przekazuje on bardzo wymagająco i dojrzałe, ale też pięknie. Porady z tej listy urzekły mnie głównie dlatego, że są tak proste - nie w znaczeniu "łatwe do praktykowania", ale po prostu dziecinnie proste w przekazie - ewangeliczne tak, tak; nie, nie. Postanowiłem sie podzielić, bo w tym zwariowanym, zagubionym świecie chyba właśnie takiej prostolinijnej, w pełni skupiającej na Bogu katechezy nam potrzeba.

piątek, 27 września 2019

O "płynnym ateizmie"


Umblarea pe mare, mozaic sec. 12, monreale, sicilia
Chrystus chodzący po wodzie - mozaika z katedry w Monreale na Sycylii (XII w.)

Przeglądając ostatnio jedną ze swoich ulubionych katolickich stron informacyjnych, trafiłem na rozmowę z kardynałem Robertem Sarah. Ucieszyłem się, bo gwinejskiego kardynała bardzo lubię, a w zasadzie ten wywiad doskonale wpasował się w temat, który sam od dłuższego czasu chciałem podjąć (tylko nie potrafiłem poskładać myśli w sensowny wpis). Kardynał poruszył wiele zagadnień i cała rozmowa z nim jest ogromnie pouczająca, więc serdecznie polecam wszystkim znającym angielski. Mnie jednak szczególnie poruszyło jego zwrócenie uwagi na "płynny ateizm", który według niego naznacza myślenie wielu współczesnych katolików. Ateizm ten tak dogłębnie wdarł się do naszego myślenia, że praktycznie go nie zauważamy, a jego najwyrazistszym objawem jest to, że Bóg mimo pozorów wcale nie jest na pierwszym miejscu w naszym stosunku do siebie, bliźniego i świata.

Nie chcąc powtarzać tego, co kardynał mówi w wywiadzie, podzielę się tutaj podobną obserwacją w swoich własnych słowach. Nie wiem jak to się stało, ale opanowaliśmy do perfekcji taką formę życia wiarą, że przyjmujemy chrześcijaństwo za prawdę, a jednocześnie świat oglądamy przez mocno ateistyczne soczewki. Patrzymy na świat jak na byt odrębny od Boga – nie jako stworzenie całkowicie Jemu poddane, ale jako niezależną od Niego rzeczywistość, w której naszym zadaniem jest wygospodarować Mu jakąś działkę (idealnie jak największą, ale jednak wydzieloną). W szczególności zaś (świadomie lub nie) uważamy świat i idee w nim przeważające, jako nadrzędne do Kościoła, który sam ustanowił.

środa, 12 czerwca 2019

Wyruszamy na poszukiwania



Znalezione obrazy dla zapytania writing chimpanzee

Chciałbym zacząć od słowa wstępu, aby wyjaśnić, dlaczego w ogóle podjąłem decyzję, by uzewnętrzniać się w sieci. Pomysł chodził mi po głowie już od długiego czasu, ale decydujące okazały się ostatnie miesiące. Gdy w Polsce temat molestowań seksualnych przez księży nie był jeszcze w centrum uwagi tak jak teraz, śledziłem bardzo przykre wydarzenia za Atlantykiem i w Rzymie. Raport z Pensylwanii z lipca 2018 roku, gdzie ujawniono liczne przypadki gwałtów i molestowań dokonanych przez księży. Wiarygodne oskarżenia obecnie już zlaicyzowanego Theodora McCarricka o molestowanie seminarzystów. Głośny list arcybiskupa Viganò, w którym oskarżył papieża Franciszka o brak reakcji wobec powszechnej podobno w Watykanie wiedzy grzechach McCarricka (ogromny temat, za dużo by wchodzić tu w szczegóły). Burzliwa dyskusja, rosnąca frustracja i ogromne oburzenie i poczucie krzywdy świeckiej części amerykańskiego Kościoła wobec molestowań, jak również opieszałości i niewiarygodności tamtejszego episkopatu. W zasadzie dokładnie to, co przeżywamy teraz tu w Polsce.

Fakt, były to wydarzenia, które w zasadzie nie dotyczyły mnie bezpośrednio. Mimo to poruszyły mnie głęboko - dotyczyły przecież mojego Kościoła. Byłem wściekły. Jak tu nie być wściekłym, gdy duchowni molestują dzieci, nastoletnich i seminarzystów, a ich przełożeni i koledzy albo aktywnie ich kryją, albo udają, że nic nie wiedzą. Liczne apele o przejrzystość i szybkie działanie spotykały się z pustymi obietnicami, gdy potrzebne były czyny, a ciszą, gdy były potrzebne odpowiedzi. Zbiegło się to też z piętrzącymi się już od lat problemami z katolicką ortodoksją i brakiem jasnych komunikatów od wielu duchownych, co Kościół naprawdę uczy w kwestiach  moralności. Naprawdę ciężko streścić wszystkie wspomniane przeze mnie wydarzenia i zjawiska a myślę, że nie ma takiej potrzeby z mojej strony - każdy zainteresowany może prześledzić sobie wydarzenia i zamęt ostatnich lat. Grunt, że bez wątpienia żyjemy w momencie głębokiego kryzysu Kościoła. Wydarzenia ostatnich dni w Polsce są w pewnym sensie opóźnioną falą uderzeniową katastrofy, który ma zasięg globalny.