niedziela, 24 maja 2020

"Zabawa w chowanego" z Prawdą i dobrem

Przez parę dni próbowałem sklecić jakiś tekst po obejrzeniu ostatniego filmu Sekielskich, "Zabawa w chowanego". Nie tyle o ofiarach i o skandalu, bo w tym wymiarze film mówi sam za siebie, ile o rozczarowującej dla mnie reakcji wielu katolików. Miałem już napisane całkiem sporo w odpowiedzi na najczęstsze irracjonalne argumenty, jakie słyszałem na temat filmu, ale w zasadzie dotarło do mnie, że sprawa jest w pewnym sensie już przegrana. Jeśli świadomość tego, że w naszym Kościele ksiądz molestujący dziecko bywa traktowany przez swoich przełożonych z większą troską, ostrożnością i zaangażowaniem niż jego ofiara, nie wystarczy komuś za powód do sprawiedliwego gniewu, to nic co mógłbym napisać tego nie zmieni. Ostatecznie utwierdziły mnie w tym przekonaniu wysiłki Tomasza Terlikowskiego, chyba najbardziej znanego katolika występującego w omawianym filmie, który już od paru dni bezskutecznie próbuje rozprawić się na swoich mediach społecznościowych z atakami tych, którzy zarzucają mu przykładanie ręki do niszczenia Kościoła. Tak jakby Kościoła nie niszczyli bardziej Ci, którzy od lat przedkładali (rzekome) dobro wspólnoty ponad dobro niewinnych.

Świadomość pewnej jałowości moich wysiłków odwiodła mnie zatem od pierwotnych planów, jednak nie chciałem całkowicie porzucać wpisu, nad którym spędziłem już trochę czasu. Chciałbym przynajmniej podzielić się swoim zmartwieniem o stan Kościoła, bo film i reakcje na niego w środowiskach katolickich najbardziej uwypukliły chyba właśnie stan głębokiego kryzysu, w którym się znalazł.

Najbardziej dosadnym tego przykładem są oczywiście struktury, które najwidoczniej utworzyły się za kulisami niektórych diecezji (być może nawet na skalę światową), a które ułatwiają nielicznym, ale jednak bezwzględnym zwyrodnialcom molestowanie dzieci i dorosłych bez większych konsekwencji. Wierni, którzy szczerze chcieliby móc zaufać swoim pasterzom, odczuwają coraz mocniejsze rozczarowanie nieszczerością, tchórzostwem, a może czasem po prostu głupotą biskupów. Hierarchowie, którzy zamiast być dla świeckich pasterzami, sługami i przedstawicielami Chrystusa, działają na szkodę ofiar i zaniedbują szerzące się w Kościele zło.

Równie mocnym objawem kryzysu są dla mnie reakcje katolików, których krytykowanie Kościoła na forum publicznym zdaje się bulwersować bardziej, niż przedstawione w filmie zbrodnie księży i bezczynność ich przełożonych. Ciężko mi uwierzyć, że tak wielu z tych, którzy deklarują lojalność Bogu i Jego Kościołowi, zamiast z miłości do Boga i bliźniego pochylić się nad problemem i całym sercem wesprzeć ofiary, woli skupić się na intencjach autorów, pedofilii w środowiskach pozakościelnych i ogólnie na dyskusje o wszystkim oprócz o tym, co film wskazał jako najbardziej palący problem Kościoła w Polsce.

Ktoś może spytać: "jak możesz w ogóle sądzić, że to o czym mówią bracia Sekielscy jest największym problemem Kościoła? Owszem, film opowiada o obrzydliwych przestępstwach, ale w skali Kościoła są to pojedyncze przypadki. W kontekście zbawczej misji Kościoła są natomiast znacznie poważniejsze rzeczy, którymi powinniśmy się przejmować: masowa utrata wiary, rosnąca niechęć i wrogość do obrońców tradycyjnej moralności, zanikanie zapału ewangelizującego wśród katolików. To są prawdziwe objawy kryzysu naszego Kościoła, a nie pojedyncze działania złych księży!"

Częściowo sympatyzuję z tym stanowiskiem - wymienione problemy są nad wyraz poważne, a obecny kryzys Kościoła to coś więcej niż tylko procent pedofilów w jego szeregach. Tyle że według mojej (i nie tylko mojej) oceny właśnie takie myślenie, które skupia się na wielkich misjach Kościoła bez wrażliwości na konkretne dusze skrzywdzone przez Jego przedstawicieli, jest właśnie najbardziej jaskrawym przykładem głębokości obecnego kryzysu. Pokazuje ono jak niebywale odległa dla wielu z nas jest realna troska o zbawienie dusz i praktyczna (a nie tylko teoretyczna) miłość. Taka, która rzeczywiście skupia się na człowieku i jego zbawieniu, a nie zatrzymuje się na suchej eklezjologii czy soteriologii. Prawdziwa troska o dusze ludzkie traktuje bowiem zgorszenie jako zło nie dlatego, że psuje katolikom dobrą opinię, ale dlatego że przez dawanie złego świadectwa zniechęcamy ludzi do przyłączenia się do Ciała Chrystusa koniecznego im do zbawienia. Brak takiego szczerego pragnienia zbawienia każdego człowieka prowadzi do niepojętego paradoksu - aby uniknąć zgorszenia i jego złych skutków na misję Kościoła, niektórzy gotowi są poświęcić dobro, a być może nawet zbawienie, konkretnych skrzywdzonych przez kapłanów ludzi. W ten oto sposób znaleźliśmy się w takiej smutnej rzeczywistości, że misja głoszenia Dobrej Nowiny wszystkim napotyka na opór już nie tylko ze strony świata, ale i członków samego Kościoła.

Biorąc to wszystko pod uwagę, wydaje się że na najbardziej fundamentalnym poziomie obecny kryzys Kościoła polega na tym, że dla wielu osób prawda i dobro przestały być wartościami nadrzędnymi i bezwzględnymi. Prawda z ostoi i esencji wiary zamienia się w pożyteczny dodatek do społecznej misji Kościoła, ale jednak niewskazany w niektórych sytuacjach. Dobro z kolei stopniowo zdaje się przemieniać z obiektywnego kryterium moralnego w miarę sukcesu (zazwyczaj doczesnego) Kościoła. Oczywiście, powyższych przekonań nie usłyszałem nigdy od nikogo wprost. Patrząc jednak na ataki skierowane na tych katolików, którzy otwarcie mówią o problemie pedofilii w Kościele, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wielu osób padło ofiarą opisanego właśnie przez mnie myślenia.

Dlaczego tak się dzieje? Wygląda na to, że świat, który skrajnie zrelatywizował prawdę i dobro, nie pozostaje bez wpływu na nas. Ulegliśmy wielu zgubnym tendencjom. Popadliśmy w zwątpienie w opiekę Ducha Świętego nad Kościołem, skoro boimy się, że tak obiektywnie słuszna rzecz, jak jawne ukaranie sprawców pedofilii, może go osłabić lub zniszczyć. Ulegliśmy myśleniu plemiennemu, skoro nazywamy się katolikami nie przez odnalezienie w Kościele prawdy i umiłowanie jej, ale przez napajanie się ideą "oblężonej twierdzy". Rozpoczęliśmy nawet zgubny flirt z relatywizmem i konsekwencjonalizmem, które pozwalają każdą potworność usprawiedliwić okolicznościami, a każdy dobry czyn poddać nadmiernej krytyce oceniając go jedynie po skutkach. I tak niknie powoli przekonanie, że to Kościół musi, niezależnie od konsekwencji, służyć prawdzie i dobru ponad wszystko. Zaczyna pojawiać się wręcz odwrotne myślenie - prawdą i dobrem jest to, co może Kościół (jako instytucję) umocnić i podbudować. Człowiek który postanawia opowiedzieć się po stronie prawdy i dobra nawet wtedy, gdy w jakiś doczesny sposób może to zaszkodzić Kościołowi, zostaje zatem uznany za zdrajcę.

To musi się zmienić. Bo jak niby mamy głosić narodom Prawdę, kiedy uciekamy od prawd niewygodnych? Jak mamy przekonać innych, że jako chrześcijanie wyznajemy prawdę, a nie mity i bajki (por. 2 P 1 16), skoro prawda tak bardzo nas odstręcza, gdy nie jest zgodna z naszymi poglądami lub życzeniami. Musimy też radykalnie odnowić w sobie miłość dobra i nienawiść zła, tak by płonęły one w naszych sercach nie mając względu na osoby czy okoliczności. Jak mamy być tymi, którzy "zło dobrem zwyciężają", jeśli jedyne zło, jakiego nie tolerujemy, to to poza naszymi szeregami, a to wewnątrz wspólnoty zawsze potrafimy usprawiedliwić? Dajemy paskudne świadectwo, gdy z jednej strony stawiamy się w roli tych, którzy niewzruszenie walczą z grzechem na świecie, ale z drugiej strony każdy postronny obserwator widzi, że palcami wskazujemy prawie wyłącznie poza swoją wspólnotę.

Krytyka hierarchów Kościoła, gdy jest ona uzasadniona, nie tylko nie jest przeszkodą w realizowaniu misji ewangelizacyjnej Kościoła. Jest wręcz konieczna, gdy rozbija się o grzech tak straszliwy i trwale raniący życia ludzkie, jak pedofilia. Jak możemy sądzić, że dajemy świadectwo Prawdzie swoim życiem, jeśli nie reagujemy oburzeniem na jeden z najbardziej potwornych grzechów? Prawda to przecież nasza ostoja, a nie nasz wróg. Poprzez obracanie kota ogonem w obecnej sytuacji pokazujemy wszystkim, że ważniejsze jest dla nas "dobre imię" i "walka z wrogami" niż leczenie ran, wspieranie najsłabszych i uczciwe szukanie Prawdy o sobie. A jeśli tak się sprawy mają, to jakim cudem mamy przekonać tych poza Kościołem, że to właśnie w Kościele mogą znaleźć uleczenie swoich ran i pewne wsparcie? Nie wspomnę już o wymaganiu od nich, żeby sami uczciwie stanęli w prawdzie o sobie i swoim grzechu - rzecz jak najbardziej słuszna, ale gdy sami znajdujemy setki wymówek do zrobienia szczerego rachunku sumienia, wydaje się być po prostu szczytem bezczelności.

Zamiast biegać w kółko i starać się odwrócić uwagę wszystkich od realnych problemów Kościoła, powinniśmy wykorzystać tę (kolejną już) okazję, aby dać przykład pokornego przyznania się do winy, braku zgody na jakiekolwiek zło i nieustannej pracą nad sobą. Nie po to, by zapunktować w oczach społeczeństwa, albo żeby publicznie przyznać we wszystkim rację tym, którzy Kościoła nienawidzą. To jest nieistotne. Mamy to zrobić dlatego, że tego wymaga od nas wiara chrześcijańska. Zło mamy zwyciężać dobrem, a we wszystkim mamy kierować się miłością, a nie swoim własnym interesem czy dobrym imieniem. Świat niezależnie od naszych działań będzie nas prześladował, ale cierpiący prześladowanie błogosławieni są jedynie wtedy, gdy prześladowani są niesłusznie (por. Mt 5,10). Jeśli jesteśmy atakowani za przyzwalanie na krzywdzenie dzieci, to nie będzie dla nas żadnej taryfy ulgowej na Sądzie Ostatecznym.

Jeśli znamy kogoś, kto ucierpiał z rąk kapłana, wysłuchajmy go i wesprzyjmy. Jeśli widzimy księdza niesłusznie szkalowanego i atakowanego, weźmy go w obronę. Jeśli mamy możliwość, wzywajmy bezczynnych do działania i nawołujmy do pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Będzie to trudne. Oj, będzie. Dla nas, dla księży, a przede wszystkim dla ofiar, które po latach odważyły się powiedzieć wprost o najgłębszej ranie, jaką w sobie noszą. Ofiar, które nieraz przez ujawnienie swoich krzywd nie tyle nie spotykają się ze wsparciem, co wręcz doświadczają odrzucenia wspólnot, które nie potrafią przyjąć do wiadomości, że księża to grzesznicy nie tylko w teorii, ale nader często w praktyce, i to czasem sromotnymi.

Na koniec chciałbym dodać, że oczywiście dyskusja o pedofilii w Kościele, jeśli ma być rzeczowa i oddająca prawdę, musi uwzględnić fakt, że przypadki molestowań w Kościele są nadzwyczajną rzadkością, a nie normą. Niestety, nie zawsze mamy komfort przestrzeni do bycia wysłuchanym jeśli chodzi o obronę Kościoła przed niesłusznymi zarzutami. Co więcej są momenty, gdy cała nasza energia powinna na pewien czas skupić się na innych, ważniejszych jednak rzeczach. Jednym z takich momentów jest właśnie teraz, gdy powinniśmy jako Kościół - kapłani i wierni, proboszczowie i parafianie, biskupi i rodziny - zrobić ogromny rachunek sumienia, wysłuchać tego, co mają do powiedzenia ofiary, zbadać jaka jest prawda i tam, gdzie dokonało się zło zakasać rękawy i posprzątać. Bo jeśli nie posprzątamy, to nic nie pomoże najlepsza apologetyka i najlepsze argumenty. Kościół może i jest na ławie oskarżonych, ale przede wszystkim jest potwornie chory. Wyleczmy go najpierw, a potem będzie bronił się sam. Będzie boleć. Będzie nieprzyjemnie. Ale nie ma innej drogi. Jak słyszeliśmy podczas czytań ubiegłej niedzieli - "Lepiej bowiem - jeżeli taka wola Boża - cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle" (1 P 3,17).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz