Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakramenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sakramenty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 stycznia 2021

"Chleb Niebiański dał nam Pan"... na rękę. I co teraz?

"Przeistoczenie" - Giovanni Gasparro (2009)

Wyobraź sobie, że trzymasz w ręku coś naprawdę drogocennego. Bardzo ważny dokument, gwarantujący ci miejsce pracy lub zamieszkania. Unikatowy znaczek pocztowy. Pierścionek zaręczynowy. W jaki sposób go trzymasz? Zakładam, że ponieważ ma on dla ciebie ogromną wartość, nie będziesz traktował go niedbale, ale z uwagą, pilnując, aby go nie uszkodzić.

sobota, 14 listopada 2020

Boża obietnica, wzruszenie i lęk

"Drabina Raju" - XII-wieczna ikona z Klasztoru św. Katarzyny na Górze Synaj.

Kiedy ostatni raz zatęskniłeś za Niebem?

Kiedy ostatni raz pomyślałeś o tym, że Twoim ostatecznym celem jest niekończące się nigdy szczęście, trwałe zjednoczenie z czystą, nieskończoną Miłością - Bogiem, który z miłości do Ciebie stał się człowiekiem i dał się zabić na krzyżu?

Kiedy ostatni raz – w obliczu świata ogarniętego grzechem, złem, smutkiem i cierpieniem – wzruszyłeś się tym, że kiedyś Pan powróci, wynagrodzi wszelką sprawiedliwość, "przekształci nasze ciało poniżone" (Flp 3,21), „otrze wszelką łzę” i sprawi, że „śmierci już nie będzie” (Ap 21,3-4)?

Kiedy ostatni raz zapragnąłeś całym sobą usłyszeć od Króla Wszechświata: „Dobrze, sługo dobry i wierny” (Mt 25,21), oraz „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata” (Mt 25,34)?

Źródłem licznych smutków i trwającego zagubienia jest przede wszystkim to, że zapominamy o tym, że nasza ojczyzna nie jest stąd - jest nią Niebo (Flp 3,20). Nie zostaliśmy stworzeni po to, by przeżyć w mniej lub bardziej uciążliwych warunkach kilkadziesiąt lat życia, będąc całkowicie oddanym na pastwę losu, a następnie bez wyjątku umrzeć i odejść w niepamięć, nieświadomość i niebyt, gdzie nie liczy się nic, a na pewno nie my sami. Zostaliśmy stworzeni, aby być z Bogiem. Jesteśmy powołani do szczęścia, do królowania, do wielkiej chwały i przede wszystkim do miłości.

poniedziałek, 16 marca 2020

Przemyślenia z kwarantanny

Zbiór luźnych przemyśleń nt. wiary i Kościoła w obliczu pandemii

1. Doskonała sposobność, by wzrastać w pokorze.

Najpierw byłem święcie oburzony namawianiem do niechodzenia na Msze. Był to dla mnie jawny zamach na pierwszeństwo kultu Bożego w życiu Jego ludu. Nawet gdy z biegiem czasu zacząłem przyjmować dobre intencje zwolenników tego rozwiązania, wciąż twardo trzymałem się swojej preferencji jako tej lepszej. Powoli jednak zaczynałem bardziej dostrzegać słuszność niektórych argumentów, a jednocześnie lepiej rozumieć, jak miłość bliźniego w formie troski o szybkie zduszenie epidemii może wprost wypływać nie z odebrania Bogu należnego mu pierwszego miejsca, ale właśnie z postawienia Go na pierwszym. Co ciekawe, zbiegło się to w czasie z zaleceniem biskupa, by nie uczestniczyć fizycznie we Mszy Świętej. Tak więc w końcu z pokorą przyjąłem zalecenie mojego pasterza, aby pozostać jednak w domu i przyjąć Komunię duchową.

Nie zawsze postawienie Boga na pierwszym miejscu będzie dla każdego wyglądało tak samo, jak dla mnie. Być może czyjeś decyzje tym spowodowane będą zupełnie inne niż moje. Być może wreszcie będą to decyzje mądrzejsze i lepsze. Obecna sytuacja przypomniała mi, że nawet z najlepszymi intencjami (wierzę, że można mi było takie przypisać) można się mylić - ważne jest jednak to, by umieć przyznać się, chociażby przed samym sobą, że jest się w błędzie. Podobnie warto się zastanowić, czy nie jest się zbyt prędkim do osądzania innych pod kątem ich miłości do Pana Boga, która przecież jest sprawą między Nim a nimi, a w świecie i w czynach objawiać się może naprawdę na wiele sposobów. Jeśli ktoś mówi, że walczy o coś ze względu na miłość do Boga, to jeśli nie mamy realnych dowodów na to, że kłamie lub zwodzi, to przyjmijmy to jako prawdę. Święta Tereska - niezrównany wzór pokory i miłości bliźniego - pięknie pisała o zakładaniu u innych najlepszych intencji:

"[...] szczególnie gdy demon stara się przede wszystkim stawiać mi przed oczami duszy wady takiej czy innej [osoby], którą uważam za mniej sympatyczną, natychmiast staram się znaleźć jej cnoty, jej dobre pragnienia, [...] a nawet to, co wydaje mi się błędem, może równie dobrze wynikać z intencji spełnienia aktu cnoty." 
Dzieje Duszy, G 12v-13r

Nie jest złym upomnieć kogoś lub osądzić jego uczynki, jeśli wiemy, że są złe i szkodzą jego duszy. Ale złym jest osądzać, gdy znaczną większość intencji drugiej osoby sobie dopowiadamy. Bardzo łatwo wtedy popaść w pychę, oj, bardzo łatwo.

2. Pamiętajmy o naszych parafiach i o proboszczach którzy muszą je utrzymywać.

W wielu miejscach biskupi udzielili diecezjanom dyspensy od uczestnictwa w Mszy świętej. Materialne potrzeby parafii wcale jednak nie zniknęły, a to właśnie my, parafianie, jesteśmy odpowiedzialni za dobre funkcjonowanie naszych wspólnot. Jak słusznie zachęcał Mateusz Ochman, w miarę możliwości wspierajmy nasze parafie w tym samym stopniu, w jakim wspieralibyśmy je chodząc normalnie do Kościoła. To przykre, ale zapewne wielu potrzebujących proboszczów będzie mieć obawy publicznie o tym napisać. Jak widziałem, nawet sama próba zachęty do odprawiania mszy mimo zagrożenia wirusem została przez niektórych zinterpretowana jako pazerność episkopatu, a co dopiero jakby ktoś wprost poprosił o pieniądze, z tak błahego powodu, że "parafia potrzebuje na utrzymanie". Może już nie myślimy tak o tym, ale parafia to nasz dom. Wspierajmy go.

3. W ocenie sytuacji pomaga pogłębienie wiedzy na dany temat (np. sakramentów).

Jeszcze niedawno byłem bardzo zaniepokojony odwoływaniem Mszy Świętych, widząc w tym swego rodzaju osłabienie wiary i brak przekonania w moc sakramentów. Wystarczyło jednak wgłębić się w temat trochę bardziej, by odkryć, jak płytkie miałem do tej pory zrozumienie sakramentologii. Pierwszy raz bowiem usłyszałem o komunii duchowej - pięknej, choć nieco zapomnianej tradycji, sięgającej aż do Soboru Trydenckiego. Poczułem się też zainspirowany do lepszego zrozumienia istoty Mszy. W końcu, odnosząc się do bieżących wydarzeń, Msze nie muszą być publiczne, by Bóg odbierał przez nie należną Mu chwałę.

Jeśli natomiast chodzi o najważniejszy cel Kościoła, czyli zbawienie dusz, w rozwiązywaniu obecnych trudności konieczna jest duża roztropność. Dlatego też ograniczenie przez pasterzy dostępu do sakramentów może nas smucić, ale nie powinien gorszyć. W zwyczajnych warunkach Komunia Święta, choć jest uwieńczeniem życia chrześcijańskiego, dla większości z nas nie jest koniecznie do zbawienia potrzebna. Dopóki umierający i Ci w stanie grzechu ciężkiego wciąż będą mieli dostęp do sakramentu pokuty lub do namaszczenia chorych (liczę na to, że nawet w obliczu pandemii są wśród nas kapłani gotowi do pomocy w przypadku czyjejś pilnej prośby o sakrament), dopóty zatrzymanie publicznych mszy będzie mogło mieć miejsce bez szkody na zbawieniu dusz. Wiele więcej nie mam do napisania - tak jak wspomniałem, dopiero jestem na etapie uświadamiania sobie swojej niewiedzy. Chciałem jednak chociaż takimi przemyśleniami się podzielić, żeby podzielić się zdrową ciekawością tego, o czym uczy nasz święty Kościół.

4. Przepaść między wierzącymi a niewierzącymi w Polsce nieustannie się pogłębia.

Czytając reakcję na mniej lub bardziej trafione decyzje polskiego episkopatu ostatnich dni, trafiłem niestety na bardzo wiele złośliwych komentarzy.

Nie oczekuję od niewierzących jakiejś heroicznej wyrozumiałości wobec naszego Kościoła - niestety, daliśmy i wciąż dajemy wiele powodów do braku zaufania i sceptycyzmu. Mimo to uderzyło mnie, jak bardzo nie ma już zrozumienia (ani nawet chęci zrozumienia) podstaw naszej wiary, nawet na płaszczyźnie teoretycznej. Widziałem wiarę katolicką porównywaną do pospolitych zabobonów. Widziałem artykuły, gdzie ludzie spoza Kościoła wzywają katolików (w dobrych intencjach zapewne, ale w praktyce brzmiało to bardzo protekcjonalnie), by przestali być ludem bezmyślnie słuchającym pasterzy. W końcu katolików próbujących bronić tych, dla których rezygnacja z Mszy Świętej nie jest wcale łatwą ani oczywistą sprawą, widziałem porównywanych do antyszczepionkowców, myślących tylko o sobie, których ekscentryczne i irracjonalne praktyki nie powinny być tolerowane ze względu na bezpieczeństwo innych.

Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego, żeby zwrócić uwagę na to, że nasza wiara naprawdę staje się już dla wielu osób jakimś niezrozumiałym kuriozum. Nie ma w tym oczywiście ich winy. Wina może leżeć tylko po naszej stronie - większość katolików nie odbyła nigdy dobrej katechezy, a Ci lepiej wykształceni często nie palą się do obrony wiary wobec zarzutów.

Jednym wnioskiem jest więc to, że naprawdę musimy zacząć znów przykładać się po pierwsze do własnej katechezy, a po drugie do odważnej i mądrej ewangelizacji. Drugim jednak jest też to, że musimy przestać z góry zakładać, że nawet przy pełnej inercji z naszej strony nasza wiara i kult są zupełnie bezpieczne, bo przecież "żyjemy w demokratycznym państwie". Oczywiście, nie możemy zacząć patrzeć na niewierzących i niekatolików jak na naszych wrogów. Ale nie możemy też być wobec nich bierni i naiwni. W oczach światach nasza wiara staje się coraz większym głupstwem (1 Kor 1,23), gdy nie ma ludzi, którzy potrafią ją obronić rozumem. A jeśli ta wiara, roszcząca sobie prawo do obecności w życiu publicznym, zostanie powszechnie uznana za irracjonalny, bezpodstawny, przestarzały przesąd, to niechybnie będzie atakowana. Pierwsze znaki już tu są - nie ma co dłużej zwlekać, trzeba znów zacząć krzewić katolicyzm jako religię wiary i rozumu. Żyjmy mądrze wiarą i nie dawajmy powodów do niesłusznych ataków. Brońmy przed atakami najlepiej, jak potrafimy. Przekazujmy wiarę tak, jak nam przekazywał Jezus Chrystus - pięknie, dosadnie i z głową. Jeśli to zaniedbamy, chodzenie na mszę lub korzystanie z wody święconej będzie miało taki sam PR, jak unikanie szczepionek lub czarnego kota na drodze.

poniedziałek, 4 listopada 2019

O Eucharystii przemyśleń garstka

Obraz może zawierać: 2 osoby
Autor grafiki nieznany

„Ze wszystkich skarbów jakie Kościół posiada, największym jest bez wątpienia Najświętszy Sakrament, w którym przebywa nieustannie ukryty Ten, który jest szczęściem całego nieba" - Bł. O. Honorat Koźmiński, "O Eucharystii".
Nie sądzę, że wiele poradzimy na zanikanie wrażliwości na sacrum (de facto dla jakiejkolwiek religii) w przestrzeni publicznej, chociaż wciąż przykro jest widzieć i słyszeć, z jaką lekkością znieważa się rzecz dla katolików najświętszą. Nawet jeśli komuś wydaje się to głupstwem, w dobrym tonie byłoby zamilknąć, zamiast wyśmiewać - zwłaszcza, że w większości przypadków wiąże się to z kompletnym brakiem zrozumienia (ani nawet odrobiny chęci zrozumienia) źródła głębokiej czci, jaką katolicy oddają niepozornym zdawałoby się postaciom chleba i wina. Bez krzty dobrej woli nie idzie zrozumieć, skąd mimo licznych grzechów i apatii wiernych i duchownych ta cześć, czasem dla postronnych aż nazbyt gorliwa, wciąż w Kościele trwa, trwać musi i trwać będzie. Nawet gdy inne aspekty leżą i kwiczą. W obrębie wiary katolickiej, to nabożeństwo jest koniecznością, logicznym skutkiem głębokiego zakorzenienia w Piśmie i Tradycji. Traktowanie wiary serio siłą rzeczy skutkować będzie kultem eucharystycznym. A jeśli ktoś nie chce wieloletniej Tradycji Kościoła przyznać chociażby racji bytu, to niestety nic dziwnego, że nie będzie też potrafił uszanować rzeczy dla Kościoła najświętszej. Piszę "niestety", bo uważam, że jednak podstawowa kultura domaga się szacunku i powściągliwości, nawet przy radykalnej odmienności zdań.

Tak więc nie mamy sami wpływu na dobrą wolę innych (sam Bóg jej nigdy nie narusza). Co jednak możemy sami zrobić, to zadbać o to, by centrum życia chrześcijańskiego, jakim jest Eucharystia, stała się centrum naszego własnego życia, codziennego i duchowego. Musimy pielęgnować swoje nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, aby: po pierwsze, nie zapominać nigdy, jak bardzo Pan nas umiłował; po drugie, być gotowym Go bronić przed bluźnierstwem, kpiną czy profanacją, jeśli zajdzie taka potrzeba; i po trzecie, aby (zawsze godnie!) spożywając Eucharystię trwać w Chrystusie (J 6,56) i tym samym pozwalać się mu przemieniać, co jest jedyną pewną drogą do wzrastania w cnocie prawdziwej chrześcijańskiej miłości, którą następnie można i trzeba obdarowywać innych.

Mając szczególnie na uwadze punkt trzeci, a odnosząc się do niedawnej próby profanacji Najświętszego Sakramentu i następujących po niej licznych komentarzy w mediach, problemem Kościoła nie jest więc ogromna cześć oddawana Eucharystii, tylko częste zaniedbywanie innych obowiązków i uczynków miłosierdzia. A skoro tak, to (pomijając wyżej wspomniany brak podstawowej kultury) zupełnie mija się z celem drwienie z pierwszego, by zwrócić uwagę na drugie. Wręcz przeciwnie - zanik pierwszego kompletnie zaprzepaści szanse, by Kościół mógł się wygrzebać ze swojego obecnego dołka. Każda miłość i każda dobra intencja, oderwana od niewyczerpanego źródła Miłości i Dobra, bardzo łatwo się wypacza, a na pewno szybko się wypala. Bądźmy więc czujni i stroniąc od wszelkiego grzechu, pragnijmy Eucharystii nade wszystko.

Nie poprzestawajmy też na wewnętrznym usposobieniu - dawajmy naszej czci świadectwo! Przyklękajmy przed tabernakulum powoli, z dbałością i nabożeństwem. Gdy widzimy Najświętszy Sakrament, czy to w monstrancji, w procesji, czy w ręku księdza, uklęknijmy! Podchodząc do Komunii, wypowiadajmy "amen" z pełnym przekonaniem - nie na pokaz, natomiast na serio. Dając osobom wokół poznać poprzez nasze gesty i zachowania, że naprawdę wierzymy w Najświętszy Sakrament, niewykluczone, że wzbudzimy w kimś pierwsze ślady zrozumienia, że w tej niepozornej Hostii kryje się coś więcej, niż widzą oczy. Być może nawet sam Nieskończony.

niedziela, 27 października 2019

Poszukiwacz Pereł - "Troje do Pary", abp Fulton Sheen

Słowem wstępu - seria #PoszukiwaczPereł pojawia się oryginalnie na mojej stronie na Facebooku, ale zamieszczam je również tutaj dla porządku i na dowód, że blog nie umarł, a żyje.

Idea jest taka, że aby dotrzymać konwencji, jaką nadaję temu blogowi jego nazwa, publikuję co tydzień krótką zajawkę/komentarz o godnej polecenia pozycji (książkowej lub online), w mojej odczuciu będącą po prostu perłą. Te teksty będą raczej krótkimi formami zamiast obszernymi recenzjami, ale mam nadzieję, że wciąż będą w stanie zachęcić potencjalnego czytelnika do lektury. Chciałbym jednocześnie podzielić się tym co, w moim odczuciu, dzieło może dać czytelnikowi, ale też co może już od niego wymagać na starcie.

Tyle tytułem wprowadzenia, w drogę!

* * *

Autor grafiki - James Coates

„Główny błąd ludzkości polegał na założeniu, że miłość składa się z dwojga; że w miłości jesteśmy ty i ja bądź społeczeństwo i ja albo też ludzkość i ja. W rzeczywistości miłość tworzą trzy byty: dwa podmioty i Bóg – ja, ty i Bóg”. - abp Fulton Sheen

Przeglądając swoją półkę z książkami trafiłem na lekturę, którą jakieś dwa lata temu zareklamował mi współlokator, przygotowujący się właśnie wtedy do sakramentu małżeństwa. Jako że byłem pod wrażeniem głębi, z jaką on i jego narzeczona przeżywają swoje oczekiwanie na ślub, a mając sam w planach oświadczyny i małżeństwo z moją ukochaną, uznałem że warto sięgnąć do tej samej książki. Teraz, gdy zaledwie kilka tygodni dzieli mnie od sakramentalnego „tak”, przypomniałem sobie, jak wiele dała mi ta książka. Przy okazji pomyślałem, że warto polecić ją tym, którzy o niej nie słyszeli.

„Troje do pary” arcybiskupa Fultona Sheena, bo o tej książce mowa, wywarła ogromny wpływ nie tylko na moje myślenie o małżeństwie, ale również na ogólne myślenie o człowieku, ciele, miłości, a przede wszystkim o Trójcy Świętej. Nie powiem, że połknąłem ją jednym tchem, bo szczerze mówiąc lektura sprawiła mi trochę trudności. Arcybiskup przedstawia w niej multum mądrych myśli dotyczących wielu ważkich spraw i czasem ten natłok treści (dobrych, ale jednak bardzo licznych) utrudniał mi czytanie. Czasem miałem wrażenie, że abp Sheen skacze po wątkach trochę chaotycznie, jakby chciał jednocześnie poruszyć wszystkie tematy według niego istotne dla małżonków. Gdy tak sobie o tym myślę i wertuję jeszcze raz strony tej książki, pewnie trochę tak jest. Wynika to chyba jednak głównie z tego, że po prostu małżeństwo jest tematem rzeką i choć nie ma dzieła, które mogłoby go wyczerpać, im więcej wymiarów udaje się przedstawić jednocześnie, tym większą szansę czytelnik ma na pełniejsze zrozumienie tego sakramentu i powołania. Gdy więc przyzwyczaiłem się już do stylu arcybiskupa i z umysłem dostrojonym do wartkiego potoku jego myśli dobrnąłem do końca ostatniego rozdziału, byłem zachwycony. Wiedziałem już wcześniej, że małżeństwo jest czymś więcej, niż tym co sprzedaje nam popkultura (pozdrawiam o. Szustaka za pierwsze kroki ku temu wnioskowi!), ale chyba dopiero ta lektura pokazała mi bogactwo tego powołania, które poznawać można całe życie. Książka z pewnością nie wyczerpała tematu ale uświadomiła mi, z jaką głębią będę miał do czynienia na tej drodze.

O czym jest ta książka? Najprościej rzecz ujmując, o miłości. Arcybiskup uczy o miłości między mężczyzną i kobietą czerpiąc z ideału miłości, z Miłości samej w sobie, jaką jest Trójca Przenajświętsza. Nie stroni od tematów trudnych (przychodzi na myśl budzące strach w sercach pobożnych katolików nauczanie św. Pawła o małżeństwie) i choć nie zawsze pisze to, co współczesny odbiorca chciałby usłyszeć, to zawsze przedstawia te tematy mądrze, nie pozostawiając też wątpliwości co do pełnej jedności i równości w godności męża i żony. Poza mówieniem o związkach damsko-męskich, książka ta moim zdaniem przedstawia fascynujący obraz Trójcy Świętej – tej dynamicznej, nieskończenie hojnej wspólnoty, której miłość małżeńska, jakkolwiek piękna by nie była, jest tylko niedoskonałym (acz wciąż zachwycającym) odbiciem. Bardzo wnikliwe i pouczające są też wszystkie fragmenty pochylające się nad seksualnością i cielesnością, a szczególnie celna diagnoza ich wypaczeń, jakie obserwujemy współcześnie.

Mógłbym jeszcze długo wypisywać myśli i pojęcia, o których pisze abp Sheen, ale sądzę, że powyższy akapit wystarczy jako zachęta dla tych, których ta tematyka interesuje. Dodam jeszcze tylko, że dla mnie wielką zaletą tej książki jest też to, że arcybiskup nie wywyższa i nie upiększa małżeństwa kosztem dziewictwa i celibatu, które abp Sheen, jak i Kościół, słusznie uważa za najwyższą formę oddania życia Bogu. Abp Sheen broni małżeństwa i wychwala je w samowystarczalny i niezależny sposób, tak iż nie jest istotne, czy jest drogą najdoskonalszą czy nie – jest piękne, jest dobre, jest chciane przez Boga i (będące pełne miłości) ma potężną moc uświęcania. Dla wiernych katolików chcących służyć Bogu w towarzystwie drugiej osoby powinno wystarczyć to aż nadto!

Zmierzając ku końcowi wpisu - komu lekturę polecam, a komu nie? Oczywiście polecam przede wszystkim parom szykującym się do małżeństwa. Myślę jednak, że każda osoba przynajmniej wstępnie rozważająca małżeństwo jako swoją drogę powinna przeczytać tę książkę. Ta lektura odrze małżeństwo z cynizmu, w jaki przybrała je współczesność, i przypomni, czym tak naprawdę w oczach Boga małżeństwo miało być i być powinno. Natomiast nie polecałbym tej książki tym, którzy dopiero rozpoczynają wgłębianie się w temat małżeństwa – mam na myśli pierwsze stadia odkrywania w ogóle zasadności nauczania Kościoła w kwestiach małżeństwa, seksualności i powołania. Nie polecałbym dlatego, że książka zdecydowanie wymaga od czytelnika sporej już ufności dla Kościoła i jego nauki, więc komuś, kto dopiero uczy się przyjmować i rozumieć to nauczanie może po prostu wydać się zbyt „mocna” – abp Sheen raczej nie przebiera w słowach ani nie zamierza zostawiać miejsca na dyskusje. Podobnie uważam, że jeśli ktoś w chrześcijaństwie szuka głównie swojego spełnienia i przepisów na szczęśliwe życie, to również nie skorzysta w pełni z tej książki. „Troje do pary” opowiada bowiem o miłości w pełni chrześcijańskiej, a więc takiej która wymaga poświęcenia i nierzadko idzie w parze z cierpieniem. Jeśli ktoś przynajmniej w częściowym stopniu nie zrozumiał, że pierwszym wymogiem chrześcijaństwa jest zaparcie się samego siebie i przyjęcie krzyża, to nauki i porady zawarte w tym dziele mogą wydać się kompletnie abstrakcyjne i „nieżyciowe”. Wizja miłości przedstawiana przez arcybiskupa jest piękna, ale bynajmniej nie cukierkowa:

„Jednym z największych błędów, jaki popełniają pary, jest myślenie, że ich uczucie przetrwa z powodu swej siły. Miłość nie trwa z powodu siły, lecz dzięki mocy ciągłego odradzania się. Miłość małżeńska jest nie tyle sprawą ciągłości, co raczej, będąc w tym podobna do Męki i Zmartwychwstania, odnajdywania nowego życia w momencie, gdy zdawało się, że wszelką nadzieję należy pogrzebać. Kościół nie jest zjawiskiem cechującym się niezmienną ciągłością. Po tysiącu ukrzyżowań Kościół tysiąc razy zmartwychwstawał. Zawsze bije dzwon wieszczący śmierć Kościoła. Zawsze, mocą Boga, śmierć dostępuje. Świat już gotów jest do odśpiewania pieśni pogrzebowej nad grobem Kościoła, gdy to Kościół powstaje, aby odśpiewać żałobne pieśni nad przemijającą postacią tego świata. Podobnie w życiu rodzinnym: nie jest tak, że dwa serca suną po autostradzie wiodącej do coraz to szczęśliwszej miłości – przeciwnie, co chwila znajdują się u kresu wyczerpania, by potem spostrzec, że oto ich miłość weszła na wyższy poziom”.

Nie śmiałbym oczywiście sugerować, że komuś „nie wolno” czytać tej książki, ani jakiejkolwiek innej. Sądzę jednak, że na każdą formę impulsu do wzrostu w wierze jest odpowiedni czas i miejsce. Arcybiskup Sheen moim zdaniem jest już treścią dla średniozaawansowanych, a przynajmniej chcących bezkompromisowo zanurzać się w Prawdzie. Tym więc, którzy w małżeństwie chcą odkryć nie tyle spełnienie swoich marzeń, ale przestrzeń do pełnienia woli Bożej, polecam z całego serca!