sobota, 1 maja 2021

Poszukiwacz pereł odstawia dziennik i wyrusza na dalsze poszukiwania

Drodzy czytelnicy i sympatycy - ogłoszenie!

Z mieszanką smutku i ulgi chciałem ogłosić, że postanowiłem na czas nieokreślony - a prawdopodobnie długi - zawiesić działalność bloga. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie rozwinął na tuzin akapitów czegoś, co mógłbym zawrzeć w dwóch zdaniach, a jednocześnie wiem, że blog ma przynajmniej trzech sympatyków, których istnienie blogu w jakimś stopniu cieszyło, stąd chciałbym w krótkim wpisie napisać, co mnie do tego skłania, a także zarysować szkic tego, co być może dalej.

Dlaczego dłuższa przerwa, a nie po prostu rzadsze publikacje? Po pierwsze - ostatnio doświadczyłem bardzo mocno trudu (a może nawet niemożliwości) zajmowania rozsądnych i mądrych stanowisk bez odpowiedniego poinformowania i wiedzy. Im mniej się wie, tym trudniej mówić prawdę, a pierwszym krokiem do uczciwej służby Prawdzie jest uświadomienie sobie, jak mało się wie. Ta świadomość ostatnio mocno mnie uderzyła - choć wiem teraz o swojej wierze niepomiernie więcej, niż parę lat temu, to tym bardziej widzę, w jak wielu kwestiach jestem niedoinformowany - zwłaszcza w sprawach bieżących. Z drugiej strony, posiadanie bloga jest (szczególnie dla dusz słabych i średnio uformowanych) nieustanną pokusą wydawania osądów i "mówienia, jak jest" - niezależnie od tego, czy autor rzeczywiście się do tego nadaje. Nie jestem pewien, czy zawsze udaje mi się tej pokusie oprzeć, a jednocześnie widzę ogromną szkodę, jaką czyni w naszym społeczeństwie nadmiar nieprzemyślanych opinii i błędnych wniosków. Nie chcę więc dolewać oliwy do ognia, nawet jeśli - biorąc pod uwagę ilość wyświetleń moich tekstów - mówimy o paru jej łyżeczkach. Im więcej internetowych domorosłych mądrali zamilknie, tym dla nas wszystkich lepiej (tak, wiem, to brzmi dokładnie jak coś, co powiedziałaby "internetowa domorosła mądrala"). Czując się coraz mniej pewnie w tym, o czym chce pisać, wolę zrobić sobie dłuższą, oficjalną przerwę i pozbyć się (czasami potężnej) pokusy pisania na temat bieżących wydarzeń, niż ryzykować pisanie półprawd, banałów a nawet siejących po prostu ferment bzdur.

Po drugie, blog pierwotnie miał być przestrzenią, w której mógłbym dzielić się z czytelnikami swoją własną drogą wzrostu w wierze, polecać lektury i myśli które wpłynęły na moje życie. Tymczasem - jako że przygotowanie każdego wpisu jest dla mnie bardzo czasochłonne - zorientowałem się, że brakuje mi czasu na zgłębianie treści, które mnie interesują i których poznanie mnie ubogaca. Motywacja dzielenia się wiedzą wkrótce się wypali, jeśli przestanę samemu odkrywać wartościowe, mądre i zachęcające do świętości lektury. Nie jestem (i nigdy nie byłem) źródłem jakiejś wiedzy tajemnej - raczej byłem glinianą miseczką, którą miłosierny Bóg napełnił za pomocą swoich licznych sług pożyteczną wiedzą. Wielka jest radość takiej miseczki, gdy dzieła innych radykalnie (i na lepsze) zmieniają jej wiarę i życie, a z tej radości naturalnie płynie pragnienie dzielenia się otrzymanym darem. Mam jednak uczucie, że szybciej chcę z siebie wylewać niż się napełniać. A przecież jeśli przestanę sam czerpać ze źródła, nie będę już miał się czym dzielić, a blog straci rację bytu - nigdy nie chciałem, żeby stał się on blogiem opiniotwórczym. Chciałem raczej, by był on czymś budzącym zainteresowanie (a nawet zachwyt) nad pięknem nauki katolickiej i motywować innych do wzrostu w wierze. Gdy mi samemu zaczyna brakować czasu na ten zachwyt, a własny rozwój duchowy grzęźnie w błocie, nie jestem w stanie się nim dzielić. Oczywiście, oprócz takiej niesamolubnej pobudki ostatnio obudziło się we mnie na nowo zwyczajne pragnienie pogłębienia swojej wiedzy w tematach, które mnie interesują, dla pożytku własnej duszy. Próbując pokazywać innym piękne perły, sam przestałem ich szukać. Czas więc dla mnie na odnowienie swoich poszukiwań - zamiast pisać, chcę czytać; zamiast udostępniać piękne obrazy, chcę się nimi w spokoju nacieszyć; zamiast myśleć o tym, co może być warte umieszczenia na blogu, chcę pomyśleć o tym, co może mi samemu pomóc być bliżej Boga. Tylko tyle i aż tyle.

Po trzecie i najważniejsze wreszcie - względy rodzinne zmieniły teraz moje życie. Prawie dwa miesiące temu urodził mi się syn i opieka nad nim i nad moją żoną stała się niekwestionowanym priorytetem. Ma to źródło nie tylko w naturalnym pragnieniu roztoczenia opieki nad swoją rodziną, ale również na świadomości tego że bycie ojcem i mężem jest teraz moim głównym powołaniem. A skoro tak, to dla dobra dusz bliskich i swojej muszę się na nim skupić, a odsunąć na bok poboczne zajęcia - w tym osobiste blogi. Oczywiście, nie znaczy to, że poza naszym głównym powołaniem nie jesteśmy zdolni czynić dobra - w moim przypadku nieraz (za co jestem ogromnie wdzięczny) słyszałem dobre słowa i podziękowania za niektóre moje wpisy - jednak jeśli będziemy starać się tworzyć jakieś dobro kosztem swojego powołania, to w ostatecznym rozrachunku na tym stracimy, bo powołanie jest dla nas zawsze drogą najlepszą. Jestem też głęboko przekonany, że wiele problemów naszego Kościoła wypływa z tego, że nie skupiamy się na realizacji swoich powołań, zamiast tego goniąc za innymi rolami, które w danym momencie uważamy za ważniejsze od tej rzeczywiście nam przypisanej. Świeccy mający się za biskupów i interpretatorów Tradycji, a nie za owce potrzebujące pasterza. Księża mający się za celebrytów, a nie za szafarzy sakramentów. Biskupi mający się za filantropów i polityków, a nie za następców Apostołów powołanych do głoszenia Ewangelii. To wszystko sprawia, że w Ciele Chrystusa tylko wzmaga się zamęt - tak jak ludzkie ciało pogrążyłoby się natychmiast w chaosie, gdyby uszy chciały zastąpić oczy, a śledziona mózg. Dlatego sam nie chcę wpaść w tę pułapkę, której głównym źródłem (jak niemal zawsze) jest pycha, a zamiast tego chcę skupić się na opiece nad rodziną i pracą na chleb dla nas - niech Dobry Bóg i św. Józefa rzemieślnik - patron dnia dzisiejszego - mi w tym dopomoże. A jeśli jakąś częścią mojego powołania rzeczywiście jest głosić przez bloga, internet czy media społecznościowe - z pewnością kiedyś znajdę czas, by powrócić. Jeśli nie - nie można mówić o żadnej stracie, gdyż moja droga jest inna.

Na sam koniec dodam jednak - nie odbierając absolutnie wagi poprzednim stwierdzeniom - że są mimo wszystko trzy wpisy, które chciałbym kiedyś jeszcze napisać i opublikować. Czy zrobię to za parę miesięcy, czy za parę lat - nie wiem i nic nie chcę obiecywać. Wiem tylko, że są to tematy, które od dawna chciałem podjąc i których napisanie byłoby dla mnie symbolicznym podsumowaniem całej tej przygody. Samo regularne prowadzenie bloga przez ponad półtora roku jest oczywiście już dla mnie ogromnym sukcesem i powodem do satysfakcji, dlatego też nie czuję, że zawieszenie jego działalności jest w jakimkolwiek sensie porażką. Jednak żeby móc powiedzieć, że zrobiłem w tej kwestii wszystko, co chciałem i sobie postanowiłem, pozostaje mi jeszcze poruszyć trzy następujące tematy.

W kwestii religijno-filozoficznej - odkąd założyłem bloga planowałem napisać o swojej własnej drodze z niewiary do wiary (czyli czemu nie jestem ateistą ani naturalistą), ze szczególnym uwzględnieniem rewolucyjnego dla mnie odkrycia, że scjentyzm (przekonanie, że istnieje i jest prawdą jedynie to, co można zbadać metodą naukową) wbrew pozorom jest poglądem skrajnie irracjonalnym, a "Nauką" nie znającą swoich ograniczeń i kompetencji, można mydlić oczy tak samo sprawnie, jak każdym innym przesądem. Ten tekst chciałbym napisać bo szczerze wierzę, że wielu osobom o podobnej historii wiary (i wątpliwości jej dotyczących) co mojej może bardzo pomóc, również przez polecenie lektur i źródeł, które pomogą zrozumieć niespójność ateizmu i doniosłe piękno - i prawdziwość - klasycznego teizmu. Taki wpis wymagałby jednak ogromnego wysiłku i dbałości, by był wyczerpujący i pozbawiony błędów, na co się nigdy - do tej pory - nie byłem w stanie zdobyć.

W kwestii moralnej od dawna czuję potrzebę napisania tekstu o powszechnie zapomnianych cnotach pokory i posłuszeństwa, co do których jestem głęboko przekonany, że gdyby choć co drugi katolik zaczął je z przekonaniem, konsekwencją i miłością praktykować, zmienilibyśmy nasz Kościół nie do poznania, a dręczący go kryzys zostałby w dużej mierze zażegnany. Połowa konfliktów w naszym Kościele, w naszych parafiach, a także w naszych rodzinach wypływa moim zdaniem (a jestem prawie pewny, że jest to pogląd wielu świętych, których dzieł jeszcze nie przeczytałem) głównie z tego, że szukamy przede wszystkim swego i nie potrafimy być posłuszni tym, których Pan Bóg ustanowił jako mających zwierzchnictwo nad nami. Myślę, że jest to o tyle ważny temat, że - odstawiając na bok sztuczność i świeckość tego podziału - zarówno "prawica", jak i "lewica" Kościoła notorycznie ma z tym problem, zarzucając drugiej stronie nieposłuszeństwo Kościołowi, samemu jednak będąc posłusznym wyłącznie wtedy, gdy osąd zwierzchników zgadza się z ich prywatnymi przekonaniami. Przez to jednak jest to też temat dość delikatny i wymagający dogłębnego potraktowania, najlepiej w oparciu właśnie o pisma świętych, dlatego nie chciałem go wpisać pod wpływem impulsu - choć nieraz ten impuls miałem, i to bardzo mocny.

W końcu w kwestii społeczno-politycznej od dawna korci mnie odpowiedzieć na irytująco naiwne i szkodliwe przekonanie, że "świeckie państwo" jest państwem neutralnym światopoglądowo, do którego wszyscy rozsądni - w tym katolicy - powinni ze wszelkich sił dążyć. Nie miałaby to być apologia teokracji, monarchii, czy czegokolwiek innego - nie uważam, że katolik kategorycznie nie może w określonych okolicznościach uznać tzw. "świeckiego państwa" jako najlepszego rozwiązania. Odnoszę jednak wrażenie, że wielu katolików (a przynajmniej więcej niż powinno) zaczęło - ulegając duchowi czasu - żywić fałszywe przekonanie, że świeckie państwo jest nie tylko idealnym i najbezpieczniejszym ustrojem (co jest naiwne), ale jest wręcz celem tak ważnym, że może on przesłonić rzeczywisty cel życia chrześcijańskiego, czyli nawrócenie całego świata na wiarę w Jezusa Chrystusa w Jego Świętym Kościele Katolickim (co jest bardzo, bardzo szkodliwe). Mówiąc krótko, dla niektórych demokracja i rozdział Kościoła od państwa stają się stopniowo bożkiem, który zamiast - jak być powinno, jeśli już przyjmiemy ten tok działania - być środkiem do celu powszechnej ewangelizacji, staje się celem samym w sobie. Oczywiście przedkładanie jakiegokolwiek systemu politycznego ponad nakaz misyjny Jezusa jest niebezpiecznym błędem - ciężko chyba się jednak nie zgodzić, że obecnie najbardziej propagowany na świecie jest model właśnie państwa świeckiego. Nie jest to łatwy do podjęcia temat. Podejrzewam, że nawet ten zarys mógł niektórym przybliżyć temperaturę krwi do punktu wrzenia (a przynajmniej podwyższyć ciśnienie) - był to jednak bardzo luźne i polemiczne ujęcie tematu. Dobre i przekonujące potraktowanie tego tematu również wymagałoby pracy, ostrożności i ogromnego zniuansowania. Może kiedyś starczy mi na to czasu, mądrości i roztropności.

Jeśli któryś z tych tematów Was interesuje - śledźcie dalej tego bloga, a być może się go doczekacie (możecie też oczywiście dać mi znać, że myślicie, że byłby on wartościowy - będzie to dla mnie dodatkową motywacją). Jeśli nie - z racji tego, że nie wiem kiedy (i czy w ogóle) wrócę do regularnego postowania, możecie spokojnie pogrążyć tego bloga w mrokach niepamięci. Poprzednie wpisy oczywiście zostawiam, może jeszcze komuś na coś dobrego posłużą. Tak czy inaczej, kończę już to przydługie (a i tak być może tylko tymczasowe) pożegnanie i życzę Wam wszystkiego dobrego na Waszej drodze życia, a przede wszystkim częstego i radosnego odkrywaniu w treści wiary katolickiej pięknych pereł i wszystkiego tego, co nasz Pan daje nam po to, byśmy wzrastali w świętości i przyjaźni z Nim. Jeśli nie spotkamy się za życia ani kiedyś znowu na kartach tego Dziennika - obyśmy spotkali się w Niebie!

Ave Maria, Deus Vult!

Poszukiwacz, AD 2021


sobota, 27 lutego 2021

Zgorszenie powinno nas gorszyć - spojrzenie do Katechizmu

"Kuszenie Adama i Ewy" - Rafael Santi

Dlaczego tak mało razi nas obecnie zgorszenie?

Nie mówię o zgorszeniu związanym z molestowaniem dzieci i wieloletnim kryciem sprawców w polskim Kościele. To raczej nikomu nie umyka. Mam w tym momencie na myśli zgorszenie dokonywane przez nas, świeckich, a na które jesteśmy niestety zdecydowanie mniej wyczuleni. Dla jasności - nie poruszam tego tematu po to, by jakkolwiek odwrócić uwagę od zgorszenia wśród duchowieństwa. Chcę go poruszyć po prostu dlatego, że ostatecznie my świeccy również jesteśmy odpowiedzialni za zdrowie Ciała Chrystusa (powinniśmy sobie mocno zdawać z tego sprawę wobec tak częstych wezwań do zwiększenia roli świeckich w Kościele) i nawet wobec głośnych problemów wśród duchownych nie wolno nam o tym zapominać... a wydaje się, że zapominamy. Jest to temat szczególnie istotny teraz, gdy większość społeczeństwa niestety (choć ze zrozumiałych względów) nie traktuje już biskupów jako autorytet moralny. W takich okolicznościach chcąc nie chcąc główny ciężar obowiązku dawania chrześcijańskiego świadectwa i kształtowania kultury spada właśnie na nas. A jeśli my odrzucamy tę odpowiedzialność, komu zostanie walczyć o zbawienie świata? Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? 

niedziela, 31 stycznia 2021

"Chleb Niebiański dał nam Pan"... na rękę. I co teraz?

"Przeistoczenie" - Giovanni Gasparro (2009)

Wyobraź sobie, że trzymasz w ręku coś naprawdę drogocennego. Bardzo ważny dokument, gwarantujący ci miejsce pracy lub zamieszkania. Unikatowy znaczek pocztowy. Pierścionek zaręczynowy. W jaki sposób go trzymasz? Zakładam, że ponieważ ma on dla ciebie ogromną wartość, nie będziesz traktował go niedbale, ale z uwagą, pilnując, aby go nie uszkodzić.

środa, 30 grudnia 2020

Poszukiwacz pereł - galeria uśmiechniętych Matek Bożych (część III)


W poprzednich dwóch wpisach przedstawiłem obrazy i grafiki z uśmiechniętą Maryją w sztuce tradycyjnej i współczesnej. Dzisiejszy wpis poświęcony będzie wizerunkom Maryi spoza naszego europejskiego kręgu kulturowego.

sobota, 5 grudnia 2020

Poszukiwacz pereł - galeria uśmiechniętych Matek Bożych (część II)


W poprzednim wpisie zebrałem znalezione przez siebie (z pomocą znajomych) wizerunki uśmiechniętej Matki Bożej pojawiające się w sztuce (mówiąc ogólnie) klasycznej. W dzisiejszej, drugiej edycji galerii radosnych Bogarodzicielek, zebrałem przedstawienia współczesne. Przy okazji poszukiwań udało mi się odkryć paru bardzo interesujących katolickich artystów, którzy tworzą piękną sztukę religijną, wbrew postmodernistycznym tendencjom naszej epoki. Ponieważ ich twórczość jest znacznie obszerniejsza, niż tylko uśmiechnięte Maryję, zainteresowanych odsyłam do odwiedzenia ich stron, linki do których zamieszczę przy najbardziej (moim zdaniem) interesujących z nich.

sobota, 28 listopada 2020

Poszukiwacz pereł - galeria uśmiechniętych Matek Bożych (część I)

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz zwróciłem uwagę na fakt, że tak niewiele wizerunków Matki Bożej przedstawia ją z uśmiechem. Nie przeszkadzają mi oczywiście obrazy, na których Maryja jest zamyślona, zatroskana lub po prostu smutna - wręcz przeciwnie, przypuszczam, że w ten sposób łatwiej jest utożsamić się z nią tym, którzy szukają u niej pociechy i zrozumienia, gdy wali się ich świat. Jednak Maryja, choć z pewnością doświadczyła w życiu wiele cierpienia, to niejednokrotnie musiała też doświadczać radości - zwłaszcza w kontekście swojego macierzyństwa. Ikonografia Maryi bez tego radosnego elementu wydaje się więc nieco wybrakowana, dlatego jakiś czas temu postanowiłem poszperać w sieci i zebrać w jednym miejscu wszystkie znane wizerunki uśmiechniętej Bogarodzicielki. 

sobota, 14 listopada 2020

Boża obietnica, wzruszenie i lęk

"Drabina Raju" - XII-wieczna ikona z Klasztoru św. Katarzyny na Górze Synaj.

Kiedy ostatni raz zatęskniłeś za Niebem?

Kiedy ostatni raz pomyślałeś o tym, że Twoim ostatecznym celem jest niekończące się nigdy szczęście, trwałe zjednoczenie z czystą, nieskończoną Miłością - Bogiem, który z miłości do Ciebie stał się człowiekiem i dał się zabić na krzyżu?

Kiedy ostatni raz – w obliczu świata ogarniętego grzechem, złem, smutkiem i cierpieniem – wzruszyłeś się tym, że kiedyś Pan powróci, wynagrodzi wszelką sprawiedliwość, "przekształci nasze ciało poniżone" (Flp 3,21), „otrze wszelką łzę” i sprawi, że „śmierci już nie będzie” (Ap 21,3-4)?

Kiedy ostatni raz zapragnąłeś całym sobą usłyszeć od Króla Wszechświata: „Dobrze, sługo dobry i wierny” (Mt 25,21), oraz „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata” (Mt 25,34)?

Źródłem licznych smutków i trwającego zagubienia jest przede wszystkim to, że zapominamy o tym, że nasza ojczyzna nie jest stąd - jest nią Niebo (Flp 3,20). Nie zostaliśmy stworzeni po to, by przeżyć w mniej lub bardziej uciążliwych warunkach kilkadziesiąt lat życia, będąc całkowicie oddanym na pastwę losu, a następnie bez wyjątku umrzeć i odejść w niepamięć, nieświadomość i niebyt, gdzie nie liczy się nic, a na pewno nie my sami. Zostaliśmy stworzeni, aby być z Bogiem. Jesteśmy powołani do szczęścia, do królowania, do wielkiej chwały i przede wszystkim do miłości.