sobota, 20 lipca 2019

Quo Vadis, chrześcijanie i cierpienie

Znalezione obrazy dla zapytania piotr stachiewicz quo vadis
Piotr Stachiewicz, "Ursus ocala Ligię", ok. 1902
Mam głębokie przekonanie, że nie ma książek bardziej wartościowych od tych, które rzetelnie mierzą się z fundamentalnymi pytaniami filozofii i teologii. Mimo to nie sądzę, że wielu z nas byłoby w stanie poświęcić się wyłącznej lekturze opasłych tomisk poświęconych tym dwóm dziedzinom. Każdy czuje potrzebę sięgnięcia do innych lektur - jeśli nie dla chwili oddechu i rozrywki, to przynajmniej po to, by móc przyjrzeć się jak o ważnych dla człowieka sprawach piszą nie filozofowie, ale artyści. Nie będę tu ściemniał - mnie raczej ten pierwszy powód jakiś czas temu skłonił do powrotu do regularnego czytania książek innych niż apologetycznych (na które dość długo miałem fazę). Niemniej jednak jakaś domieszka drugiego powodu również zaistniała, skoro zacząłem po pewnym czasie sięgać nie tylko po kryminały, ale również po tak zwane "klasyki literatury". Nigdy wcześniej specjalnie mnie do nich nie ciągnęło, ale wydaje mi się, że kiedy człowiek zacznie się interesować filozofią, nawet na bardzo podstawowym poziomie, zaczyna go równolegle fascynować rozwój ludzkiej myśli i kultury na przestrzeni wieków, a więc również i literatury. Dodatkową motywację, bardziej osobistą, dał mi mój dziadek, który podczas jednej z mojej wizyt w domu zaczął mnie zachęcać do pożyczania książek z jego osobistej biblioteczki i ewidentnie sprawiało mu radość, gdy z propozycji korzystałem. W ten sposób któregoś razu trafiło w moje ręce Quo Vadis. Nie wiem, co oprócz rozpoznawalnego tytułu skłoniło mnie do wzięcia tej właśnie powieści. Miałem tę książkę jako lekturę w liceum, ale najwidoczniej wtedy zupełnie nie poczułem weny do jej przeczytania. Być może po gimnazjalnej lekturze "Krzyżaków" nie miałem najlepszej opinii o literackim kunszcie Sienkiewicza, dlatego też nie spodziewałem się nic fenomenalnego i do niedawna Quo Vadis leżało gdzieś na szarym końcu mojej listy czytelniczej.

wtorek, 25 czerwca 2019

Ile można czekać?

Fresk w Kaplicy na Polu Pasterzy, Betlejem

Chyba jedną rzecz powinienem zaznaczyć na samym początku tego bloga - naprawdę nie czuję się duchowo pewnie w tym momencie życia. Czuję się przytłoczony swoimi grzechami, lenistwem, gnuśnością. Chciałbym żyć dużo lepiej, niż na co dzień potrafię. Najtrudniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że mam poczucie, że miało być inaczej. Był taki moment, kiedy Bóg dogłębnie przemienił moją duszę i pozwolił mi doświadczyć w wyjątkowy sposób, jak bardzo mnie kocha. 

Było  to około dwóch lat temu, po długich miesiącach intelektualnych poszukiwań, w których trakcie zacząłem kompletnie tracić wiarę. W momencie, gdy naprawdę byłem już przekonany, że nic nie może mnie na powrót przekonać do wiary, za sprawą kilku niezwykłych zbiegów okoliczności zacząłem znajdywać jedna po drugiej odpowiedzi na od dawna nurtujące mnie pytania. Po miesiącach, w których wiara chrześcijańska wydawała mi się wręcz absurdalna, przyszedł czas, gdy z zaskoczeniem odkryłem jej zaskakującą fundamentalną spójność. Równolegle obudziło się we mnie wyraźne jak nigdy wcześniej poczucie Bożej obecności i zrozumiałem na nowo Jego potężną obietnicę złożoną w Starym i Nowym Testamencie, że On nigdy nas nie opuszcza i nigdy nie przestaje nas słuchać. Wtedy zrozumiałem, umysłem i sercem, że jeśli zawierzę Mu swoje życie, to naprawdę On będzie mnie prowadził ku dobru. To było dla mnie wtedy jasne jak Słońce i pociągnęło za sobą szereg naprawdę odważnych decyzji (o których może innym razem).

Naprawdę chciałem wtedy odwdzięczyć się Bogu całym sobą i miałem nieodparte przeświadczenie, poparte przecież Pismem i wiarą katolicką, że jeśli tylko Mu zaufam i zawierzę Mu wszystko, to On przemieni moje życie.

środa, 12 czerwca 2019

Wyruszamy na poszukiwania



Znalezione obrazy dla zapytania writing chimpanzee

Chciałbym zacząć od słowa wstępu, aby wyjaśnić, dlaczego w ogóle podjąłem decyzję, by uzewnętrzniać się w sieci. Pomysł chodził mi po głowie już od długiego czasu, ale decydujące okazały się ostatnie miesiące. Gdy w Polsce temat molestowań seksualnych przez księży nie był jeszcze w centrum uwagi tak jak teraz, śledziłem bardzo przykre wydarzenia za Atlantykiem i w Rzymie. Raport z Pensylwanii z lipca 2018 roku, gdzie ujawniono liczne przypadki gwałtów i molestowań dokonanych przez księży. Wiarygodne oskarżenia obecnie już zlaicyzowanego Theodora McCarricka o molestowanie seminarzystów. Głośny list arcybiskupa Viganò, w którym oskarżył papieża Franciszka o brak reakcji wobec powszechnej podobno w Watykanie wiedzy grzechach McCarricka (ogromny temat, za dużo by wchodzić tu w szczegóły). Burzliwa dyskusja, rosnąca frustracja i ogromne oburzenie i poczucie krzywdy świeckiej części amerykańskiego Kościoła wobec molestowań, jak również opieszałości i niewiarygodności tamtejszego episkopatu. W zasadzie dokładnie to, co przeżywamy teraz tu w Polsce.

Fakt, były to wydarzenia, które w zasadzie nie dotyczyły mnie bezpośrednio. Mimo to poruszyły mnie głęboko - dotyczyły przecież mojego Kościoła. Byłem wściekły. Jak tu nie być wściekłym, gdy duchowni molestują dzieci, nastoletnich i seminarzystów, a ich przełożeni i koledzy albo aktywnie ich kryją, albo udają, że nic nie wiedzą. Liczne apele o przejrzystość i szybkie działanie spotykały się z pustymi obietnicami, gdy potrzebne były czyny, a ciszą, gdy były potrzebne odpowiedzi. Zbiegło się to też z piętrzącymi się już od lat problemami z katolicką ortodoksją i brakiem jasnych komunikatów od wielu duchownych, co Kościół naprawdę uczy w kwestiach  moralności. Naprawdę ciężko streścić wszystkie wspomniane przeze mnie wydarzenia i zjawiska a myślę, że nie ma takiej potrzeby z mojej strony - każdy zainteresowany może prześledzić sobie wydarzenia i zamęt ostatnich lat. Grunt, że bez wątpienia żyjemy w momencie głębokiego kryzysu Kościoła. Wydarzenia ostatnich dni w Polsce są w pewnym sensie opóźnioną falą uderzeniową katastrofy, który ma zasięg globalny.

czwartek, 3 listopada 2016

O modlitwie przy drewnianej kapliczce

    Warkot miejskiego autobusu powoli milknął w oddali, zostawiając mnie na przystanku bez żywej duszy wokoło. Wziąłem głęboki oddech. Nareszcie. Samotność.

    Był późny ranek (odsypiałem tego dnia szczególnie intensywny tydzień, więc pobudka o świcie absolutnie nie wchodziła w grę), a przede mną rozciągała się względnie łagodna scieżka jednego z wielu szlaków w Beskidzie Żywieckim. Poprawiłem sznurówki i plecak, po czym równym marszem ruszyłem przed siebie. Miałem przed sobą parę godzin spokojnej i jednocześnie bardzo upragnionej górskiej wycieczki.
     Zbierałem się na takie wyjście już od dawna, czując wyraźnie, że bardzo potrzebuję spędzić parę godzin na łonie natury - tylko Pan Bóg, góry i ja. Spora odmiana po niezwykle intensywnym początku roku akademickiego, gdzie zarówno na studiach jak i w duszpasterstwie trzeba było być nieustannie na najwyższych obrotach, zawsze dostępnym dla każdego potrzebującego pomocy lub rady. Tymczasem brakowało mi chwili oddechu, żeby w spokoju przemyśleć parę spraw i zmierzyć się z niepokojącymi mnie od jakiegoś czasu wątpliwościami i lękami.
    Najbardziej chyba uciążliwa była dla mnie kwestia przepaści między tym, jakim człowiekiem chciałbym być, a jakim jestem. Może nawet nie tyle ta przepaść mnie przygnębiała, co moje nieustannie porażki podczas prób jej przekroczenia. Wielokrotnie podejmowane decyzje o intensywnej pracy nad swoimi największymi wadami, w szczególności nad nagminnym marnowaniu czasu, raz po raz spełzały na niczym. Postanawienia żeby zacząć czerpać siły z regularnej modlitwy rozbijały się o moją nieumiejętność dobrego zaplanowania dnia i brak regularności, a w całej sytuacji zdecydowanie nie pomagały kłębiące się w mojej głowie niespokojne myśli i wątpliwości dotyczące wiary.
     Jednym słowem: niemoc. Odczuwałem całkowitą niemoc i nie wiedziałem już, gdzie mam zacząć kolejną próbę pracy nad sobą. Jedno, do czego doszedłem, to że muszę sobie to wszystko przemyśleć na spokojnie, z dala od miejskiego zgiełku, z dala nawet od przyjaciół i od rodziny. Tylko ja w obliczu Boga i jego Stworzenia.

   Jak zdecydowałem, tak zrobiłem. Aby spacer miał wymiar nie tyle rekreacyjny, co duchowy, postanowiłem przez czas trwania całej wycieczki przeczytać Liturgię Słowa z danego dnia, prosząc Boga o pokrzepienie i natchnienie. Dodatkowo chciałem przy każdej mijanej kapliczce zatrzymać się na krótką modlitwę. W ten sposób - myślałem - na pewno wyciągnę z Pisma Świętego coś, co mi pomoże.
    Na pierwszą kapliczkę natknąłem się już po niecałej minucie - była przybita do drzewa tuż przed pierwszym podejściem pod górę. Idealne miejsce na przeczytanie pierwszego czytania. Po lekturze i krótkiej modlitwie postanowiłem bliżej przyjrzeć się niewielkiemu krucyfiksowi wiszącemu w drewnianej gablotce. Moją uwagę przykuły wcześniej niewidoczne słowa, wypisane złotymi literami nad krzyżem. I tak, wciąż czując w sercu ogromny ciężar i zmęczenie stanem swojej duszy i umysłu, zacząłem czytać:
"Boże, użycz mi pogody ducha, 
Abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
Odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, 
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego."
 Amen.


   Zabawne, jak człowiek czasem sam sobie planuje, gdzie i kiedy posłucha, co Bóg ma mu do powiedzenia, a On i tak bierze go z zaskoczenia, wiedząc dobrze, że takie niespodzianki na nas ludzi najlepiej działają. Tutaj było dokładnie tak samo - chociaż absolutnie nie chcę ujmować Pismu Świętemu, to tego dnia, wbrew swoim oczekiwaniom, nie w nim znalazłem odpowiedź na moje problemy, tylko w krótkiej modlitwie w przydrożnej kapliczce.
     Nie chcę osłabić siły tego co chcę przekazać zbędnym humorem, ale nie da się tego inaczej ująć: stałem chyba przez minutę jak baran. Nie znałem wcześniej tej modlitwy, choć teraz już wiem, że jest to modlitwa Reinholda Niebuhra, zazwyczaj odmawiana w grupach walczących z uzależnieniami. Nieistotne. Chociaż modlitwa nie opisywała idealnie mojej sytuacji, momentalnie dodała mi otuchy, bo pozwoliła mi coś zrozumieć.

    Oczywiście, nie wolno się godzić ze swoimi wadami, zwłaszcza jeśli prowadzą one do grzechu. Z drugiej strony jednak, jeśli raz po raz upadam to muszę najpierw w pewnym sensie pogodzić się ze swoją słabością i przyjąć do wiadomości, że to moja wada, która we mnie jest od dawna i nie zniknie ot tak. A jeśli są rzeczy, które w danym momencie mnie przytłaczają i nie potrafię ich udźwignąć, to mogę je tymczasowo odstawić i zawierzyć Bogu, a samemu skupić się najpierw na tych sprawach, które potrafię zmienić. Nawet jeśli są to naprawdę drobne sprawy, to każdy krok w kierunku dobra, choćby najmniejszy, jest na wagę złota. I faktycznie tutaj potrzebna jest mądrość, by rozeznać, nad czym w danym momencie powinienem pracować. Pogoda ducha z kolei ma dodawać otuchy, gdy pomimo starań coś nie wychodzi. Nie wyszło? Trudno, trzeba próbować znowu, z pełnym optymizmem, że warto, tak jakby nie było tej poprzedniej porażki.
    Może mówię tutaj rzeczy oczywiste. Jednak dla mnie było to coś, czego w tamtym momencie bardzo potrzebowałem - krótka i dosadna porada od Boga na to, co ja mam teraz, w tym moim emocjonalnym dołku, ze sobą zrobić. Porada, którą od tamtej pory cały czas noszę w sercu.

    Co działo się moich myślach podczas reszty wycieczki - to już sprawa między Panem Bogiem a mną. W tym wpisie chciałem opowiedzieć akurat o tej jednej sytuacji. Może innym razem napiszę parę słów o innych przemyśleniach z tamtego dnia, chociaż z drugiej strony wydaje mi się, że są one trochę za mało uniwersalne na oublicznego bloga.

    Jedno tylko napiszę już teraz. Przez całą wyprawę myślałem intensywnie nad tym, co mógłbym (idąc za danym mi natchnieniem) zmienić w sobie zmienić od zaraz. Skoro zaplanowanie sobie dnia i zorganizowanie czasu na razie mnie przerasta, to może spróbuję zrobić coś innego? Dość szybko doszedłem do wniosku, że powinienem po prostu zacząć robić coś, co od dawna chciałem, ale zawsze wymawiałem się brakiem czasu. Coś, co wymagałoby ode mnie pewnej regularności, ale też dałoby się swobodnie dostosować do moich możliwości czasowych. Coś, co służyłoby nie tylko mi, ale może też innym ludziom.

    Coś takiego, jak blog o katolicyzmie, życiu i wielu innych różnych sprawach. Coś takiego jak to, co tym postem właśnie zaczynam. Coś takiego, co mam nadzieję pomoże w wędrówce przez życie zarówno mi, jak i Wam.

    Tyle na dziś. Na koniec tylko: pamiętajcie - nigdy nie mijajcie kapliczek bez zatrzymania się choćby na chwilę by się pomodlić. Może właśnie akurat przy nich Bóg Wam coś ważnego powie.